Czy naprawdę masz to na myśli?
JACEK SIMINSKI
Jeżeli zestawić Święta Bożego Narodzenia z komunikacją, niemalże oczywistym problemem wydają się być życzenia. To obszar, w którym na pewno możemy uczynić świat dookoła lepszym. A idąc za zasadą Mahatmy Gandhiego, „bądź zmianą, którą chcesz ujrzeć w świecie”, zastanówmy się, co w życzeniach nas irytuje. Dla mnie najbardziej frustrujący typ świątecznych życzeń to bezmyślnie wysyłane łańcuszki, tworzone na zasadzie kopiuj/wklej, w sumie nawet nie tyle pisane, co wysyłane w formie mechanicznego wykonania pewnego obowiązku, narzuconego okołoświąteczną presją społeczną.
Bo pomyślmy – czy życzenia naprawdę są przykrym obowiązkiem? Przecież z osobami, którym je wysyłamy, łączy nas pewna więź. Nieważne, czy jest to relacja biznesowa, rodzinna, czy to przyjacielska. Gdzieś między nami jest pewien wspólny zbiór wartości, który decyduje o tym, że dana osoba leży w kręgu adresatów świątecznych serdeczności. Dlaczego zatem nie włożyć w życzenia trochę więcej wysiłku? Po pierwsze, odbiorca nie poczuje się przez nas zignorowany lub zlekceważony – osobiste życzenia, dłuższe niż 160-znakowy głupi wierszyk, każdorazowo sprawią, że osoba po drugiej stronie nie poczuje się jak „przykry obowiązek”. Co więcej, być może takie życzenia sprawią, że ktoś, kto o nas zapomniał, będzie pamiętał o tym, że istniejemy, przez najbliższy rok?
Dlatego warto poświęcić na napisanie życzeń więcej niż 15 sekund, jakie zajmuje operacja kopiuj/wklej. Nasz świat jest wystarczająco szybki, nastawiony na niskojakościową konsumpcję. Żyjemy w erze memów, gdzie komunikacja – przykro to twierdzić, pracując w tej branży – jest jak fast food. Konsumujemy treści niewymagające, bo zdaje się, że nasza zdolność skupienia uwagi jest krótkotrwała.
Życzenia to forma komunikacji. Dbajmy o to, by była sensowna, a to, co robimy, miało znamiona celowości (z angielskiego – purpose). Jeżeli chcemy, by święta zachowały swoją magię, a nie stały się kolejnym pustym wydarzeniem hołdującym konsumpcji, spróbujmy życzenia w tym roku zindywidualizować. Może wyślemy ich wtedy mniej, ale gwarantuję, że po ich odebraniu adresat poczuje się wyróżniony, dzięki czemu zrobi mu się lepiej. A my będziemy mieć poczucie wysyłania dobrej energii, która z pewnością w nadchodzącym roku do nas – w tej, lub innej formie – wróci.

Jacek Siminski
creative associate
Czy musimy wywoływać świąteczne kryzysy?
AGNIESZKA JAWORSKA-GOŹDZIEWSKA
Umęczona nierówną walką ze współczesną wersją groty Ali Baby, która na hasło „Sezamie otwórz się” pozostawała niewzruszona niczym żona Lota, po peregrynacjach w kierunku innych paczkomatów w poszukiwaniu zamówionego swetra z reniferem dla wujka i zapakowaniu pozostałych prezentów, kierujesz się w stronę rodzinnego Downton Abbey z lekkim nieżytem żołądka, choć nie zdążyłaś nawet pomyśleć o serniczku. Wiesz, że prawdziwy rollercoaster nadal przed tobą…
Zabójcza mieszanka jedzenia, którego nie lubisz i pytań o plany zamążpójścia oraz termin wydania na świat potomka – kolejnego nieszczęśnika zmuszonego do smętnego kiwania się nad mulistym karpiem, przy fałszywie brzmiących kolędach. Dotykasz dłonią dzwonka, ale zatrzymujesz się na chwilę. Czy to nadzwyczajnie ciepły blask z okna, czy może przyjaźnie migające lampki w domu obok otwierają w Twoim sercu komnatę miłości i przypominasz sobie jak Mia z „La La Land” siedząc u boku męża patrzyła na dawnego chłopaka i snuła w głowie alternatywną wersję swojego życia.
Pomyśl, że może nie warto przyjmować postawy, która u najbliższych wywołuje popłoch: „Hannibal ante portas” i podobną do twojej ogólną awersję do świąt. Wiemy, że wujek bywa irytujący i nie znosisz z nim tańczyć, że bliźniaczki nie umieją śpiewać i tylko twoja siostra uważa, że są nad wyraz utalentowane, że mama zawsze przypala krokiety i pewnie znowu dostaniesz kapcie pod choinkę. Czy jednak święta muszą być tryumfem ludzkich małości nad rodzinnym ciepłem i przywiązaniem?
Twój palec ponownie ląduje na dzwonku i już wiesz jaki będzie ten wieczór. Zamiast ostentacyjnie powtarzać, że jesteś Prezesem Stowarzyszenia Osób Niemyjących Okien przed Świętami i programowo gardzisz przedświątecznymi porządkami, docenisz ile trudu włożyła mama, by dom lśnił czystością na twoje przybycie. Wybaczysz wujkowi stare dowcipy, przypominając sobie, że to on właśnie nauczył ciebie jeździć na rowerze. Pochwalisz bliźniaczki za pasję i pogratulujesz siostrze, że wspiera córki w poszukiwaniu swoich talentów. Popatrzysz na wszystkich z rozrzewnieniem, uświadamiając sobie, że liczba świąt w naszym życiu jest ograniczona i nigdy nie wiemy, kogo zabraknie przy stole w kolejnych latach.
Dlatego zamiast wywoływać wojnę o zbyt dużą ilość przygotowanych potraw – zawieźmy jedzenie tym, którym nie powodzi się tak dobrze. Zamiast dąsać się, że znowu dostałaś kapcie – doceń, że ktoś wybierał je specjalnie dla Ciebie i są w twoim ulubionym granatowym kolorze. Zamiast ignorować się wzajemnie, albo kłócić – posłuchaj swoich bliźnich, bo jak napisał Max Ehrmann w śpiewanej przez artystów Piwnicy pod Baranami „Dezyderacie”: „Oni też mają swoją opowieść.”

Agnieszka Jaworska-Goździewska
creative consultant
Dlaczego bez szczerej komunikacji trudno o radosne i spokojne święta
SALOME KIELAR
Święta to nie tylko magia gorączkowego pucowania okien, które jeszcze przed sylwestrem za sprawą warunków atmosferycznych będą wyglądały tak samo jak przedtem (Nowy Rok, stary smog). To nie tylko walka na śmierć i życie o przecenionego w dyskoncie karpia, którego nikt nie lubi ze względu na mulisty posmak, ale musi być, bo TAK KAŻE TRADYCJA. To nie tylko wspinanie się na wyżyny aktorstwa przy odpakowywaniu prezentu od babci, żeby nasz zasługujący na Oscara wybuch radości nie pozwolił jej wątpić, że zawsze marzyliśmy o portfelu ze sztucznej wężowej skórki w kolorze wściekłego cynobru. Święta, zwłaszcza dla ludzi z dziećmi, to przede wszystkim zaawansowana logistyka polegająca na układaniu marszruty w taki sposób, żeby obwieźć pacholęta po wszystkich stęsknionych za nimi członkach rodziny. Jeżeli ktoś podobnie do mnie ma przed sobą dwie wigilie w dwóch różnych województwach, to wie, o czym mówię.
Zanim jeszcze na świecie pojawią się słodkie szkraby, już można poczuć przedsmak tej męki, kiedy to partnerzy chcą spędzić święta razem, a dostają zaproszenie od obu rodzin, żeby zasiąść przy wspólnym stole i pokłócić się o politykę przy akompaniamencie kolęd. Oczywiście odmówić nie wypada, bo samo takie zaproszenie to już spora nobilitacja, zwłaszcza jeśli związek nie jest jeszcze sformalizowany (i nieważne, że jesteście razem od dwunastu lat, ślubu ani potomstwa nie planujecie, pytanie o to i tak padnie z ust nietaktownej ciotki, bo TAK KAŻE TRADYCJA). Kiedy natomiast równanie rozszerza się o progeniturę, to tym bardziej znikąd ratunku, skoro jedni dziadkowie już przygotowali w ogródku stajenkę z żywą trzodą (dwa króliki i koza pożyczona od sąsiada), a drudzy zainwestowali w zdalnie sterowanego transformersa gargantuicznych rozmiarów, który „lata, gada, pełen serwis”, mimo że mały Albercik ma dopiero półtora roku i tego splendoru nie ogarnie lub, co gorsza, nastoletni Albert wkroczył już w okres burzy i naporu, zatem każdą inicjatywą pogardzi dla samej zasady.
A co by było, gdyby jednak spróbować się dogadać i w tym roku zrobić to trochę inaczej? Na przykład na wigilię zaprosić jednych rodziców do siebie („Tak, niech mama koniecznie przywiezie pierogi i uszka, bo przecież nikt równie finezyjnie nie lepi, a ja kup… to znaczy, ugotuję barszczyk.”), w pierwszy dzień świąt odwiedzić drugich rodziców, a nazajutrz podrzucić dziatwę bezdzietnej siostrze (w wyniku czego jeszcze przez długi czas postanowi pozostawać bezdzietna), a w tym czasie skoczyć we dwoje do kina na maraton Szybkich i wściekłych?
Takie rozwiązanie wbrew pozorom wymaga nie tyle brawury, co szczerej komunikacji. Nie zaraz szczerej do bólu („Nie przyjedziemy, bo kompot z suszu to zbrodnia na kubkach smakowych, a u was na wigilijnym stole nie ma nic innego do popicia tego ohydnego karpia”), ale przynajmniej mówiącej o naszych obawach wynikających z próby zadowolenia wszystkich z pominięciem samych siebie. Raczej nikt nie obrazi się na nas, jeśli powiemy, że nie chcemy przy tej pogodzie pokonywać w ciemności dziesiątek kilometrów, więc wyruszymy w dalszą drogę dopiero następnego dnia rano. Uczciwa deklaracja, że w tej rodzinie nie tylko Albercik woli paluszki rybne od karpia, może nawet przysporzyć nam niespodziewanego sojusznika w postaci wujka Władka, który co roku w wigilię panicznie boi się, że mu ość stanie w gardle, ale do tej pory wstydził się wyłamać z szeregu pod gromkim spojrzeniem cioci Stefy. A siostra zna przecież naszą miłość do kina akcji.
Ja już zapowiedziałam rodzinie, że dla swojej Małej Księżniczki proszę o prezenty gwiazdkowe niewielkich gabarytów, bo kolejnemu transformersowi musiałabym chyba wynająć pokój u sąsiadów. Czy wyraziłam to dość dobitnie, to się okaże dopiero przy rozpakowywaniu darów od zgrai nadmiernie hojnych Mikołajów dla jedynego (póki co) pacholęcia w familii, ale przynajmniej mam poczucie, że próbowałam jakoś wpłynąć na swą marną rodzicielską dolę. Co i Wam polecam, bez względu na to, jaka jest Wasza sytuacja osobista. Mówienie o swoich potrzebach i słuchanie drugiej strony to najlepszy prezent, jakim możemy się wymienić w gronie najbliższych. Nie bądźmy w święta szybcy i wściekli tylko dlatego, że TAK KAŻE TRADYCJA. Po prostu powiedzmy, że chcemy inaczej. Słowa naprawdę mają magiczną moc zmieniania rzeczywistości.

Salome Kielar
creative editor
Policz się na święta…
KONRAD BUGIERA
Mówi się, że liczby przemawiają do rozsądku. Najlepiej wtedy, kiedy można wokół nich ułożyć historię (dlatego nasz firmowy tagline brzmi „historie opowiadane liczbami“). Ludzie zapamiętują historie. A najlepiej, kiedy bohaterem historii może być sam odbiorca. Możecie ten przedświąteczny cza sprzeżyć jako bohaterowie historii opartej na liczbach, którą sami sobie opowiecie. Nie zawsze będzie to przyjemna historia, ale mam nadzieję, że każda będzie z morałem. Policzcie się na Święta… sami ze sobą, każda i każdy samodzielnie.
Od ilu dni przygotowujecie się już do świąt? I na czym to przygotowanie polega? Co jest konieczne? A co jest ważne? Zakupy, sprzątanie, planowanie odwiedzin? A może bardziej próba odnowienia kontaktu z osobami, którym kiedyś poświęcaliśmy więcej czasu, a teraz to się zmieniło? Ile jest takich osób?
W zeszłym roku ciekawe badanie przeprowadziła pracownia badawcza Kantar w ramach akcji „Przełam się i zadzwoń“. Wynika z niej, że przez rok poprzedzający Święta 2020 co dziesiąty z nas stracił kontakt z kimś bliskim. Najczęściej z przyjaciółmi, ale też z rodziną… najczęściej – z rodzeństwem.
Ważność bliskiego i częstego kontaktu na gruncie rodziny i znajomych nie wymaga dodatkowego uzasadniania. A jak to jest w komunikacji firmy z ich otoczeniem? Zastanówcie się, jak to u was wygląda. Czy kontakt jest częsty i pozbawiony (najczęściej niepotrzebnego) rytu formalnego? Czy klienci, pracownicy, dostawcy, mogą się z wami bez przeszkód skontaktować? Jak odpowiadacie na reklamacje? Ile czasu zajmuje reakcja na komentarz w mediach społecznościowych? Ile zapytań od dziennikarzy zignorowaliście przez ostatni rok? A może ich w ogóle nie było lub jakichś względów się skończyły?
Niestety – jak wynika z badania, które przywołałem – większość z nas woli czekać na pierwszy ruch z drugiej strony. Szczególnie dotyczy to osób dojrzałych i seniorów. Wśród osób w wieku powyżej 60 lat 98 proc. respondentów, którzy utracili kontakt z bliską osobą, deklaruje, że mogłoby odebrać od niej telefon, gdyby w Święta zadzwoniła. Przy czym zaledwie 16 proc. chciałoby samemu wykonać taki telefon. A gdyby ktoś na to czekał ? Aż 81 proc. respondentów, którzy nie chcą zadzwonić lub nie są pewni, mówi, że nie zadzwoniłoby nawet wiedząc, że ktoś będzie czekał na telefon od nich.
Tymczasem bierność nigdy nie jest dobrą strategią komunikacji. Zerwany kontakt – i mam tu już na myśli już komunikację ogólnie – wynika najczęściej właśnie z tego, że czekamy na ruch z tej drugiej strony. Jeśli on nie następuje, zwykle brakuje dobrej woli i ponowienia kontaktu.
Życzę więc wszystkim, aby po tegorocznych świętach liczba osób, z którymi kontakt udało się odnowić, była rekordowa.
Warto przy okazji również policzyć pieniądze. Świąteczne wydatki Polaków odnotowuje już od kilku lat firma Deloitte. Również w tym roku zespół Deloitte Insights przygotował ciekawe badanie, a wyniki zaprezentował w czytelnej formie. Zachęcam więc do lektury, jednak najpierw przemyślcie sobie jedną rzecz. Ile wydajecie na reklamy, PR i ogólnie komunikację w okolicach „Black Friday“ oraz w tzw. okresie przedświątecznym? Warto się nad tym zastanowić w kontekście udziału tych wydatków w porównaniu z całym rokiem? Czy nie jest tak, że największe budżety idą w okres, kiedy i tak mierzycie się z największą konkurencją, a w ciągu roku jest głucho i cicho?
A może część tego świąteczno-reklamowego budżetu trzeba by przenieść na bieżące działania w ciągu roku. Wówczas można by pokusić się o budowanie długofalowej relacji i trwałego wizerunku, a nie stawiać wyłącznie na „strzały“ sprzedażowe. A rodzinnie – może część pieniędzy, które idą na święta lepiej by było przeznaczyć np. na odwiedziny krewnych i przyjaciół w ciągu roku? Czy nie będzie miała większej wartości spokojna rozmowa bez tej całej świątecznej „scenografii“, która trochę „nakazuje“ pogodny, świąteczny nastrój? W święta trochę głupio mówić o problemach i nie zawsze wesołych sprawach, ale może to właśnie one powinny być przedmiotem ważnej i potrzebnej rozmowy w gronie bliskich? Ile mieliście takich rozmów w ostatnim roku?
Policzcie swoje doświadczenia – to zawsze przynosi refleksję. Nawet, jeśli nie mamy takiej intencji. Tak po prostu działają ludzkie umysły. Wierzę, że wnioski będą konstruktywne – zarówno na gruncie przyjacielsko-rodzinnym, jak i firmowym, czego wam i sobie życzę razem z moim wspaniałym zespołem.

Konrad Bugiera
doradca PR, założyciel i właściciel kancelarii doradczej KBDK
