Tymczasem w pracy na wakacjach

Są wakacje, więc będzie tym razem trochę mniej merytorycznie, a bardziej z gatunku przemyśleń życiowych. A mianowicie o pracy na urlopie. Możliwe, że zagrzmią gromy wakacyjnych purystów (do nich należy moja żona i trochę się boje, co będzie, jak trafi na ten wpis ;)), że urlop jest do odpoczywania, a nie od pracowania. Ale co w sytuacji, gdy praca dostarcza radochy, a świadomość, że tematy idą do przodu daje tyle samo satysfakcji, co podziwianie widoków w Bieszczadach?
Zresztą, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, co nigdy na wakacjach nie pracował 😉
Lubię moją pracę – ale niezależność wolnego strzelca lub strzelby (kobiety też bywają freelancerami) ma swoją cenę. Czasem tematy się mnożą i nie mogą być pozostawione same sobie. Czasem popełniamy błędy w planowaniu i projekt się przeciąga. Trzeba finiszować nawet, gdy trzeba dojeżdżać do internetu (case bieszczadzki; polecam pod kątem mobilnego internetu placyk przy budynku straży pożarnej w Cisnej).
Za codzienną niezależność i dowolność w kształtowaniu dni i planu pracy trzeba czasem zapłacić okazjonalną zależnością. Ale niezależność ma też swoje przełożenie nie tylko na plan dnia i to gdzie pracuję (lubię kawę, lubię pracować w różnych miejscach, również ruchliwych – co widać na moim Insta). To również przełożenie na swobodę w kontakcie z klientami i partnerską dyskusję, jaką mogę z nimi podejmować.
Mam nadzieję (a przynajmniej tak czuję), że to doceniają i widzą wartość w tym, że mając dostarczenie dużo swobody w relacji, często się nie zgadzam na ich pomysły (chyba tak samo często, jak przytakuję). Mam szczęście do Moich Klientów, bo jesteśmy dla siebie nawzajem wyrozumiali i wcale nie mam tu na myśli przymykania oka na niedociągnięcia. Nauczyliśmy się wspólnie iteracyjności procesu kreatywnego. Tego, że wiele rzeczy potrzebuje kilku kroków, aby dojść do optimum. I bardzo się z tego cieszę. Czasem te kroki przypadają w moje wakacje, choć starannie planuję je zwykle jeszcze w styczniu albo i w lutym.
Ale cieszę się z tych dodatkowych kroków – bo widzę, że rzeczy się dzieją i dostarcza to naprawdę mnóstwa satysfakcji.
Czasem może nawet więcej mnie niż klientom. Tego nie wiem na pewno.
Pointując, chciałbym powiedzieć, że właśnie ta swoboda sprawia, że czasem niezależny doradca (szumnie powiedziane) będzie lepszy od pracownika in-house’owego albo od agencji, bo będzie łączył dobre cechy obu powyższych. I pracuję właśnie wpisem na bloga w tym temacie, co będzie według mnie bardzo użyteczne dla wielu przedsiębiorców i managerów, którzy rozważają właśnie zatrudnienie kogoś do działań marketingowych (po raz pierwszy lub dokonują zmiany – nie ma to znaczenia). W różnych sytuacjach sprawdzą się różne rozwiązania.
Ale to za jakiś czas. Tymczasem udanej pracy w wakacje dla wszystkich, którzy czują tak samo jak ja.